Halo, jest tam ktoś?

Początek drugiego roku studiów zaczął się dla mnie koszmarnie. I to wcale nie z powodu zajęć na uczelni, ale mojego nastawienia. Byłem w psychicznym dołku i nie mogłem sobie z tym w żaden sposób poradzić. Po miesiącu męczarni doszedłem do wniosku, że chyba jedynie Bóg jest w stanie mi dopomóc. Ale gdzie ma Go szukać ktoś, kto nigdy z Nim nie miał wiele wspólnego? Pomyślałem, że gdzie jak gdzie, ale na pewno będzie w kościele. A ponieważ chodziłem na treningi na godzinę 19-stą, postanowiłem pójść na mszę godzinę wcześniej. Gdy przyszedłem, okazało się, że kościół był zupełnie pusty — msza rozpoczynała się o godzinę później niż sądziłem. Co miałem robić? Uklęknąłem w ostatniej ławce, powiedziałem Bogu jak się czuję, czego od Niego oczekuję i poszedłem. Wracając z treningu pewne niewiele znaczące zdarzenie odmieniło moje nastawienie. I to do tego stopnia, że gdy wszedłem na stancję, kolega, z którym mieszkałem ledwie na mnie spojrzał, spytał:

— Co się stało?

Zobaczył szczęśliwego człowieka.

To niesamowite — przez półtora miesiąca męczarni żadnej zmiany, a zaledwie trzy godziny po prostej, nieudolnej modlitwie Bóg sprawił nie tylko powrót energii i radości, ale także pragnienie poznawania Go. Dlatego pusty kościół w Gdańsku Wrzeszczu stał się dla mnie symbolem Bożej odpowiedzi na moją modlitwę. Bardzo lubię ostatnie ławki w pustych kościołach.

Od tamtego czasu brałem udział w wielu mszach i nabożeństwach, ale Bóg nauczył mnie, że jeżeli Go potrzebuję, to On wysłuchuje mnie i do mnie przychodzi gdziekolwiek bym nie był. Doświadczam tego naprawdę często. Nie zawsze jest to odpowiedź natychmiastowa, ale jest. I dziękuję Mu za to.

Wiem, że będą tacy, którzy uznają to za przypadek. Jest takie opowiadanie jak wierzący rozmawia ze sceptykiem próbując go przekonać o istnieniu cudów:

— Jak wytłumaczysz sytuację, gdy ktoś wypadł z czwartego piętra i nic sobie nie zrobił?
— Przypadek — odpowiedział sceptyk.
— A jeśli to się powtórzyło? — drążył wierzący.
— Szczególny przypadek — odpowiedział sceptyk.
— No dobrze, a jeśli taka sytuacja powtórzyła się wielokrotnie? — nie dawał za wygraną wierzący.
Sceptyk odpowiedział bez namysłu:
— Przyzwyczajenie.

Ta anegdota pokazuje, jak trudno rozmawiać z niektórymi ludźmi. Jeśli mają zamknięty umysł na sprawy duchowe, to żadne argumenty nie są w stanie do nich dotrzeć.

%d blogerów lubi to: